Na wstępie przepraszam że tak długo nie było wpisu, ale nie miałem czasu. Będę starał się pisać przynajmniej raz w miesiącu. Wracam do historii.
Wstałem wczesnym rankiem. Po tym co widziałem ostatniego dnia postanowiłem wzmocnić dom.
Mieliśmy tu spędzić cała zimę. Od samego rana zbierałem narzędzia i deski.
Nie było tego dużo. Przypomniało mi się jak robiłem to z Mackiem. Tam długo nam to nie służyło.
No nic postanowiłem poprzybijać deski do wszystkich okien na parterze. Tak by nikt,
nie mógł przez te okna wejść ale też wyjść. Beata szykowała coś do jedzenia.
Pies gdzieś się kręcił.
- Skończyłeś?
-Jeszcze chwila. Zaraz będzie gotowe. Mam nadzieje, że tu nie dotrą.
- A jak tu trafią? Co wtedy zrobimy?
-Został mi ostatni pocisk w pistolecie, do tego mam tasak. Jakoś uda nam się uciec. Choćbym
miał ich wszystkich wybić.
Po tej krótkiej rozmowie ja dokończyłem swoją robotę i zjadłem śniadanie.
Następnie postanowiłem rozejrzeć się po wsi.
Wyszedłem tylko z tasakiem. Kilku sztywnych kręciło się po wsi.
-Trochę ich mało. W razie czego mogą być naszą pierwszą linią obrony. Zajmą ich na chwilę.
Chodząc między domami zauważyłem że, sztywni stają się coraz bardziej otępiali.
Może to wynik pogody, a może braku jedzenia. Chodziłem trochę bez celu. Aż dotarłem do domu,
którego na pewno jeszcze nie sprawdzałem. Postanowiłem zrobić to teraz. Drzwi były otwarte.
Zaraz za wejściem zauważyłem plamę krwi. Była świeża. Wyjąłem mój tasak.
Po cichu poszedłem do kuchni. Pusta. Cały parter był pusty. Wtedy usłyszałem jakieś szmery na piętrze.
Po cichu wchodząc po schodach usłyszałem zimnych. Co najmniej dwóch.
Nie myliłem się. Dwa zombiaki próbowały dostać się do jednego z pokojów.
Byłem jak maszyna. Podszedłem do tego z brzegu i wbiłem tasak w jego głowę.
Drugi spojrzał na mnie i postanowił mnie zaatakować. Odepchnąłem śmierdziela. I rozbiłem mu głowę kilkoma kopniakami.
-Hej, jest tam ktoś?
Powiedziałem pukając w drzwi.
-Już wychodzę.- odpowiedział mi męski głos.
Drzwi się otwarły. Stał w nich potężnie zbudowany facet ok. 40 lat.
- Dzięki, za pomoc. Ale dla mnie już chyba jest za późno. - facet pokazał mi ugryzienie.
- O kurwa. Nigdy nie widziałem tego na żywo. Przykro mi.
- Mi nie. I tak ten świat się spierdolił. Mam prośbę. Dobij mnie.
-Nie ma mowy. Nie zabije Cię.
- Kurwa młody nie chce zmienić się w to coś. Widziałeś co te stwory robią?!
-Ale ja Cie nie zabiję. Nawet nie mam czym, mam tylko ten tasak.
-Ja mam pistolet. Dam Ci go jak mnie zabijesz i obiecasz mnie pochować.
Miałem dylemat. Zabić faceta ale dostać pistolet albo zostawić go na pastwę losu.
-Dobra, zabije Cię.
-Dzięki młody.
Wyszliśmy przed dom. Facet dał mi łopatę.
-Możesz ty kopać? Moja ręka jest w kiepskim stanie.
Zabrałem łopatę. Wykopałem mu płytki grób. Zajęło mi to godzinę.
Facet położył się w grobie. Potem podał mi pistolet.
Przyłożyłem mu lufę do skroni. Nacisnąłem spust.
Następnie zasypałem grób. Facet nie powiedział mi o sobie kompletnie nic.
A ja go zabiłem za głupi pistolet.
Wróciłem do domu.
- Co się stało? Słyszałam strzał.
- Sztywny podszedł za blisko. Musiałem strzelić. Ale znalazłem nowy pistolet i trochę amunicji
Reszta dnia minęła mi spokojnie. Nie powiedziałem jej prawdy. Tak minął mi dzień dwudziesty drugi.