Wstałem rano. Ledwo wzeszło Słońce. Według moich obliczeń za 3 dni zaczyna się zima. Już jest zimno. Bardzo zimno. Pies spokojnie spał. Ja przygotowywałem się do odjazdu. Pakowałem w samochód jedzenie z domów. Szkoda, że tak mało wody. Po jakiejś godzinie. Obudziłem psa. Zjedliśmy śniadanie. Podzieliłem puszkę z mielonką. Nawet nie wiecie jak nie cierpię mielonki. Psu jednak smakowało. Popiłem wodą. Zabrałem psa pod pachę i ruszyłem do auta. Psa wręcz wrzuciłem do samochodu, wtedy jak zobaczyłem sporą grupkę sztywnych idącą w moją stronę. Szybko wskoczyłem za kierownice. Odrzuciłem mój tasak. Auto odmówiło posłuszeństwa. Tylko kręcił silnik.
- No dalej! KURWA ZAPAL JEBANY GRUCHOCIE !!! - wrzeszczałem sam do siebie.
Umarlaki byli coraz bliżej. Samochód w końcu odpalił. Ruszyłem z piskiem opon przed siebie.
- Było blisko psiaku. - Pies zadomowił się na przednim siedzeniu.
Jechałem przed siebie, droga była przejezdna. Kilku sztywnych na drodze, łatwo ich minąłem.
Dojechałem do małej wsi. Jakieś 20 km od mojego celu.
- Znam tą wieś. Wiesz kolego? Nie długo dojedziemy. Kurde, jechaliśmy dość długo. Trzeba poszukać miejsca na nocleg. - Gadałem do psa, on całkiem bystrym wzrokiem na mnie patrzył.
Wjechałem do wsi. Jedno mnie wtedy przeraziło. Przy jednym z domów widziałem jak umarlak zajada się człowiekiem. On jeszcze się ruszał. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Krew kapała mu z ust. A ręce wyrywały kawałki mięsa z klatki nieszczęśnika. Nie zatrzymałem się. Nie chciałem tego oglądać. Ruszyłem dalej. Sam nie wiem kiedy, podjechałem pod dom stojący lekko na uboczu. Prowadziła do niego długa ścieżka. To dobre miejsce.
- Pójdę sprawdzić ten dom, ty tu zostań przyjacielu.
Wyszedłem z auta. Kierując w stronę drzwi, zauważyłem że trzech sztywnych. Złapałem mój tasak.
-Hej, brzydale! Do was mówię! Świeże mięso. - od razu ruszyli w moją stronę.
Ruszyłem powoli w ich stronę. Pierwszy z nich facet około 70 lat, dostał cios tasakiem między oczy. Upadł, szybko zaatakowałem drugiego. Młoda kobieta oberwała w czaszkę. Tasak nie chciał wyjść z jej głowy.
Nie wiedziałem co robić. Odbiegłem kawałek szukając czegoś do walki, lecz nie było tam nic takiego. Wyjąłem mój pistolet. Poczekałem aż dojdzie do mnie. Kiedy był na wyciągniecie ręki, przyłożyłem lufę do jego zimnego czoła. Strzał i truposz padł. Przeszukując ciała nie znalazłem nic ciekawego.
Wtedy drzwi wejściowe zaczęły się otwierać. Natychmiast wycelowałem pistolet w drzwi. I czekałem kto z nich wyjdzie.
- Pokaż się!
- Nie krzywdź mnie proszę. - kobiecy głos, dość nerwowy.
- Wyjdź i się pokaż.
Tego co zobaczyłem, się nie spodziewałem.
-Grzegorz?!
-Beata? To ty? Co tu robisz?
-To dom mojego chłopaka. Może go widziałeś, martwię się o niego?
Zanim jej odpowiedziałem, przypomniałem sobie faceta zjadanego przez zombi. Postanowiłem jej nie mówić.
-Nie.
-Wejdziesz?
-Nie jestem sam. Mam psa.
-Weź go.
Z psem pod pachą, wszedłem do środka. Dom był dość bogato urządzony.
-Jak tam twoja dziewczyna? Dawno się nie widzieliśmy. Mam nadzie...
- Zginęła w wypadku jakieś pół roku temu. - Przerwałem jej.
- Nie wiedziałam. Przepraszam.
Beata to blondynka mniej więcej mojego wzrostu. Nie za chuda, nie za gruba. Znam ją ze szkoły.
- Nic się nie stało.
- Jak tu dotarłeś? Przecież byłeś w Poznaniu.
- Długa historia. Mam do Ciebie prośbę, mogę tu zostać do jutra?
- Tak. Boje się o mojego chłopaka. Na pewno go nie widziałeś? Czarne włosy, miał czerwoną koszulkę na sobie.
-Nie. - Koszulka była bardziej czerwona niż jej się wydawało.
-Mam złe przeczucia.
-Nie martw się będzie dobrze. Nie wiedza jest czasem lepsza.
-Mów jak tu dotarłeś.
Opowiedziałem jej całą moją historię. Widziałem, że bała się tego mówię.
-Dużo przeszedłeś. Tak po prostu ich zabili?
-Tak. Ale to nie ważne, sam żyje i znów się spotykamy.- Cieszyłem się z jej spotkania.
-Zawaliłeś ostatnim razem. Nie jestem przedmiotem, pamiętaj o tym.- jej pogodna twarz straciła swój miły wyraz.
-Czyli pamiętasz.
-Tak. Nie zapomnę Ci tego.
-Jest już ciemno. Jutro rano poszukam twojego faceta. Potem uciekam do miasta.
-Miasta?!?!?! Oszalałeś!?!?!?! Tam już nie ma nic. Miasto upadło.
-Upadło? Moja rodzina. Nie żyją?!
-Przykro mi.
-Kurwa, nie mam dokąd iść. Muszę iść spać proszę.
-Prześpij się na kanapie. Tak jak kiedyś u mnie. - lekko się uśmiechnęła
Pies położył się przy kanapie. Leżałem jeszcze chwile. Tak minął mi dzień dwunasty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz