Dzień 11 Odjechałem z tamtego domu w pośpiechu, noc spędziłem w aucie na tylnym siedzeniu. Rano było bardzo zimnoJedzenie od tamtej kobiety skończyło się zaraz przy śniadaniu. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić.
Ruszyłem w stronę mojego rodzinnego miasta. Droga była łatwa, mało sztywnych i przejezdne drogi.
W sumie zastanawiałem się czy robię dobrze. Włączyłem radio. - Dalej, złap jakiś sygnał! - mówiłem sam do siebie, przeszukując wszystkie stacje radiowe. Oczywiście nic nie złapałem. Było około południa, kiedy dojechałem do małego miasteczka. Nie było tak źle.
Po ulicy kręciło się paru umarlaków, postanowiłem poszukać jedzenia, wody i broni.
Zaparkowałem pod pierwszym domem z brzegu.
Na szczęście nie zwróciło to ich uwagi. Dalej byli zajęci tym co zawsze, czyli łażeniem bez sensu. Stałem przy drzwiach małego domku. Jedno piętro. Drzwi frontowe oczywiście były zamknięte. -Kurwa, na co ja liczyłem? - szepnąłem. Udałem się na tył domu.
Drzwi tarasowe były uchylone. - Masz szczęście chłopie. - powiedziałem to do siebie. Dom wyglądał jakby przeszedł tam huragan.
Wszystko wywrócone do góry nogami. Szuflady powywalane, szafki pootwierane.
W domu nie było nic co kiedyś miało wartość. W kuchni znalazłem imponujący tasak. - O tak, to mi się przyda. Muszę przestać gadać sam do siebie. To nie jest normalne, chyba oszaleje jak nie znajdę kogoś do rozmowy. - wróciłem do przeszukiwania domu. Nie znalazłem tam nic więcej. Opuściłem ten dom. Na ulicy było dalej spokojnie.Udałem się do budynku naprzeciwko. Wyglądał dość solidnie. Drzwi wejściowe były otwarte. Trzymając tasak w ręce, ruszyłem przed siebie. Cały czas miałem pistolet przy sobie, lecz miałem tylko 4 pociski. To w razie kłopotów. Długo nie musiałem czekać.Z kuchni wy człapał się sztywny.
Facet koło 20 lat. Z zabandażowaną dłonią. To dobrze znaczy, że mogło tu nikogo nie być dość długo. Poczekałem aż podszedł bliżej. Jednym szybkim ruchem wbiłem tasak w jego głowę.
Ciało bezwładnie wisiało na mojej broni. Kopniakiem go zrzuciłem na ziemie.
- No przyjacielu, mam nadzieję, że twój dom skrywa parę miłych niespodzianek. W kuchni nie było nikogo więcej. W salonie był kolejny. Zauważył mnie. Poruszał się w moją stronę. Szybko go załatwiłem,również ciosem w głowę. Niestety, byłem nieuważny, jeden mnie zaatakował. Rzucił się na mnie. Padłem na ziemię. Jego zęby zbliżały się do mojej szyi. - Złaź ze mnie skurwielu ! Udało mi się go odrzucić. Natychmiast wstałem i z całych sił kopnąłem go w głowę. Udało się, przestał się ruszać. - Mało brakowało. Więcej mieszkańców w domu nie było. Znalazłem trochę wody, jedzenia w puszkach, ryż, makaron, trochę słodyczy. Zabrałem wszystko. Nie było tego bardzo dużo. Wszystko spakowałem do mojego auta. Kiedy skończyłem zbliżała się noc. Postanowiłem zostać na noc w tym pierwszym domu. Wróciłem do niego. Szybko ogarnąłem sobie miejsce do spania. Kiedy zrobiło się już ciemno. Słyszałem niesamowity ruch na ulicy. Wyjrzałem przez okno. Widziałem sztywnych goniących psa. Zwierzę uciekało, ale widać było jego zmęczenie. Sam nie wiem czemu, ale wyszedłem przed dom. - DO NOGI! - liczyłem, że mnie posłucha Ku mojemu zdziwieniu pies skręcił w moją stronę. Wbiegł do domu. Natychmiast zabarykadowałem drzwi.
Pies to był zwykły mały kundelek. Kucnąłem przy, nim. - Co jest piesku? Jesteś sam? To tak jak ja. Jak się nazywasz psiaku? - głaszcząc psa zobaczyłem obrożę. - Filut? Tak się nazywasz. Fajne. Nie kolejny pospolity Rex. Chodź piesku. Dałem mu trochę wody i jedzenia. Był strasznie głodny. Sam też coś zjadłem. Przyjrzałem mu się, zwykły kundel. Sierść miał w 3 kolorach: biały, czarny i brązowy. Udałem się do łóżka. Filut położył się na kocu, który mu położyłem na podłodze. - Dobranoc Filut. Pies odszczeknął radośnie do mnie. Może mam w końcu do kogo się odezwać.
Tak minął już nie mi, ale nam dzień jedenasty końca świata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz