Na wstępie przepraszam że tak długo nie było wpisu, ale nie miałem czasu. Będę starał się pisać przynajmniej raz w miesiącu. Wracam do historii.
Wstałem wczesnym rankiem. Po tym co widziałem ostatniego dnia postanowiłem wzmocnić dom.
Mieliśmy tu spędzić cała zimę. Od samego rana zbierałem narzędzia i deski.
Nie było tego dużo. Przypomniało mi się jak robiłem to z Mackiem. Tam długo nam to nie służyło.
No nic postanowiłem poprzybijać deski do wszystkich okien na parterze. Tak by nikt,
nie mógł przez te okna wejść ale też wyjść. Beata szykowała coś do jedzenia.
Pies gdzieś się kręcił.
- Skończyłeś?
-Jeszcze chwila. Zaraz będzie gotowe. Mam nadzieje, że tu nie dotrą.
- A jak tu trafią? Co wtedy zrobimy?
-Został mi ostatni pocisk w pistolecie, do tego mam tasak. Jakoś uda nam się uciec. Choćbym
miał ich wszystkich wybić.
Po tej krótkiej rozmowie ja dokończyłem swoją robotę i zjadłem śniadanie.
Następnie postanowiłem rozejrzeć się po wsi.
Wyszedłem tylko z tasakiem. Kilku sztywnych kręciło się po wsi.
-Trochę ich mało. W razie czego mogą być naszą pierwszą linią obrony. Zajmą ich na chwilę.
Chodząc między domami zauważyłem że, sztywni stają się coraz bardziej otępiali.
Może to wynik pogody, a może braku jedzenia. Chodziłem trochę bez celu. Aż dotarłem do domu,
którego na pewno jeszcze nie sprawdzałem. Postanowiłem zrobić to teraz. Drzwi były otwarte.
Zaraz za wejściem zauważyłem plamę krwi. Była świeża. Wyjąłem mój tasak.
Po cichu poszedłem do kuchni. Pusta. Cały parter był pusty. Wtedy usłyszałem jakieś szmery na piętrze.
Po cichu wchodząc po schodach usłyszałem zimnych. Co najmniej dwóch.
Nie myliłem się. Dwa zombiaki próbowały dostać się do jednego z pokojów.
Byłem jak maszyna. Podszedłem do tego z brzegu i wbiłem tasak w jego głowę.
Drugi spojrzał na mnie i postanowił mnie zaatakować. Odepchnąłem śmierdziela. I rozbiłem mu głowę kilkoma kopniakami.
-Hej, jest tam ktoś?
Powiedziałem pukając w drzwi.
-Już wychodzę.- odpowiedział mi męski głos.
Drzwi się otwarły. Stał w nich potężnie zbudowany facet ok. 40 lat.
- Dzięki, za pomoc. Ale dla mnie już chyba jest za późno. - facet pokazał mi ugryzienie.
- O kurwa. Nigdy nie widziałem tego na żywo. Przykro mi.
- Mi nie. I tak ten świat się spierdolił. Mam prośbę. Dobij mnie.
-Nie ma mowy. Nie zabije Cię.
- Kurwa młody nie chce zmienić się w to coś. Widziałeś co te stwory robią?!
-Ale ja Cie nie zabiję. Nawet nie mam czym, mam tylko ten tasak.
-Ja mam pistolet. Dam Ci go jak mnie zabijesz i obiecasz mnie pochować.
Miałem dylemat. Zabić faceta ale dostać pistolet albo zostawić go na pastwę losu.
-Dobra, zabije Cię.
-Dzięki młody.
Wyszliśmy przed dom. Facet dał mi łopatę.
-Możesz ty kopać? Moja ręka jest w kiepskim stanie.
Zabrałem łopatę. Wykopałem mu płytki grób. Zajęło mi to godzinę.
Facet położył się w grobie. Potem podał mi pistolet.
Przyłożyłem mu lufę do skroni. Nacisnąłem spust.
Następnie zasypałem grób. Facet nie powiedział mi o sobie kompletnie nic.
A ja go zabiłem za głupi pistolet.
Wróciłem do domu.
- Co się stało? Słyszałam strzał.
- Sztywny podszedł za blisko. Musiałem strzelić. Ale znalazłem nowy pistolet i trochę amunicji
Reszta dnia minęła mi spokojnie. Nie powiedziałem jej prawdy. Tak minął mi dzień dwudziesty drugi.
sobota, 30 maja 2015
wtorek, 21 kwietnia 2015
Dzień 21
Od ostatniego wpisu minął tydzień. Nie działo się nic ciekawego. Zbierałem zapasy na okres zimowy.
Postanowiliśmy wyruszyć wczesną wiosną. Całe dnie, nie robiłem nic po za zbieraniem żarcia
z opuszczonych domów. Nie spotkałem nikogo żywego. Zaczynam powoli tracić nadzieje.
Chyba zostaliśmy tylko my. Ale jeszcze nie wiedziałem jak bardzo się myliłem.
- Jadę do sąsiedniej wsi, może tam jeszcze coś znajdę.
- Bądź ostrożny. Sama sobie nie poradzę.
- Zawsze jestem. - wypaliłem z uśmiechem po czym przewróciłem kubek na stole.
- Cały ty...- Beata z wyrzutem spojrzała w moim kierunku.
- Oj tam, oj tam. Ta kawa i tak była paskudna.
- Potrzebujesz snu, a kawa daje trochę energii. Prawie nie śpisz. Przecież wiem, nawet nie zaprzeczaj.
- Gdybyś widziała to co ja, i zrobiła to co ja.
Wstałem od stołu, pożegnałem się z psem. W drzwiach stanęła dziewczyna.
Mocno mnie przytuliła.
- Wróć tu cały i zdrowy, bo jak nie to ja Cię zabije.
- Postaram się.
Wyszedłem do mojego auta. Sprawdziłem pistolet. Zostały mi 3 pociski.
- Kurwa, może nie starczyć w kiepskiej sytuacji.
Pojechałem w kierunku sąsiedniej wsi. Jakieś 5 może 6 kilometrów.
- Prawie ich nie ma. Może wybiłem je wszystkie? Co ja pierdole. Świat już nie istnieje.
Jechałem spokojnie. Na szczęście paliwa miałem dość.
Dojechałem na miejsce. To co zobaczyłem było straszne.
Prawie wszystkie domy stały w ogniu. Wyglądało to strasznie.
Na pewno nie zrobili tego sztywni. Zostawiłem samochód, zabrałem pistolet i tasak.
Pistolet bardziej jako straszak niż broń. Ruszyłem powoli przed siebie.
Usłyszałem jak ktoś rozmawia. Szybko schowałem się za jednym z samochodów.
-.... wszystko?
- Tak, szefie. Tu nie znajdziemy już nic ciekawego. Wracamy do siebie?
- Zbierz chłopaków i spadamy. Do naszego wygodnego domku.
- Mówisz o tej starej chałupie?
- Ile razy mam Ci tłumaczyć?! Z dala od miast, wsi jest mniej sztywnych i mniej żywych.
Ci dwaj wyglądali jakby wyszli z więzienia o zaostrzonym rygorze.
Zebrali się w punkcie koło ich małego vana. Było ich 6.
Poczekałem aż odjadą.
- Mamy przejebane, jak trafią do nas. Mój Boże. Zabiją nas.
Rozglądałem się po okolicy.
Faktycznie, widziałem kilka osób które dopiero co zostały zabite.
Rozglądając się dalej znalazłem kilka łusek po nabojach.
Zabili ich. Dwa domy nie zostały spalone.
Chociaż wiedziałem, że nic nie znajdę to i tak je przeszukałem.
Znalazłem dwie konserwy. Musieli je ominąć.
- Kurwa, jak pojada do nas to z nami koniec.
Wróciłem do auta. Pojechałem w kierunku powrotnym.
Wszedłem do domu i dobrze sprawdziłem drzwi.
- Co się stało?
- Są tu w okolicy jacyś ludzie.
- To co?
- Zabili ludzi w tamtej wsi. Jak myślisz co zrobią jak nas tu znajdą?
- Może nie będzie tak źle co ?
- Oszalałaś?! Widziałem co zrobili. Są kurewsko niebezpieczni.
- Co teraz?
- Rano zabezpieczymy dom od środka. A potem się zobaczy.
Zabrałem psa pod pachę i wyszedłem przed dom.
Robię tak codziennie.
- Wiesz co piesku? Czasem myślę, że te stwory nie mają wcale tak źle.
Zobacz, sami dla siebie nie są zagrożeniem. Tylko tak łażą bez celu.
Ale wiem jedno. Maciek miał rację, przetrwają tylko najsilniejsi.
A ja jestem jednym z tych NAJSILNIEJSZYCH!
Tak minął dzień dwudziesty pierwszy.
Postanowiliśmy wyruszyć wczesną wiosną. Całe dnie, nie robiłem nic po za zbieraniem żarcia
z opuszczonych domów. Nie spotkałem nikogo żywego. Zaczynam powoli tracić nadzieje.
Chyba zostaliśmy tylko my. Ale jeszcze nie wiedziałem jak bardzo się myliłem.
- Jadę do sąsiedniej wsi, może tam jeszcze coś znajdę.
- Bądź ostrożny. Sama sobie nie poradzę.
- Zawsze jestem. - wypaliłem z uśmiechem po czym przewróciłem kubek na stole.
- Cały ty...- Beata z wyrzutem spojrzała w moim kierunku.
- Oj tam, oj tam. Ta kawa i tak była paskudna.
- Potrzebujesz snu, a kawa daje trochę energii. Prawie nie śpisz. Przecież wiem, nawet nie zaprzeczaj.
- Gdybyś widziała to co ja, i zrobiła to co ja.
Wstałem od stołu, pożegnałem się z psem. W drzwiach stanęła dziewczyna.
Mocno mnie przytuliła.
- Wróć tu cały i zdrowy, bo jak nie to ja Cię zabije.
- Postaram się.
Wyszedłem do mojego auta. Sprawdziłem pistolet. Zostały mi 3 pociski.
- Kurwa, może nie starczyć w kiepskiej sytuacji.
Pojechałem w kierunku sąsiedniej wsi. Jakieś 5 może 6 kilometrów.
- Prawie ich nie ma. Może wybiłem je wszystkie? Co ja pierdole. Świat już nie istnieje.
Jechałem spokojnie. Na szczęście paliwa miałem dość.
Dojechałem na miejsce. To co zobaczyłem było straszne.
Prawie wszystkie domy stały w ogniu. Wyglądało to strasznie.
Na pewno nie zrobili tego sztywni. Zostawiłem samochód, zabrałem pistolet i tasak.
Pistolet bardziej jako straszak niż broń. Ruszyłem powoli przed siebie.
Usłyszałem jak ktoś rozmawia. Szybko schowałem się za jednym z samochodów.
-.... wszystko?
- Tak, szefie. Tu nie znajdziemy już nic ciekawego. Wracamy do siebie?
- Zbierz chłopaków i spadamy. Do naszego wygodnego domku.
- Mówisz o tej starej chałupie?
- Ile razy mam Ci tłumaczyć?! Z dala od miast, wsi jest mniej sztywnych i mniej żywych.
Ci dwaj wyglądali jakby wyszli z więzienia o zaostrzonym rygorze.
Zebrali się w punkcie koło ich małego vana. Było ich 6.
Poczekałem aż odjadą.
- Mamy przejebane, jak trafią do nas. Mój Boże. Zabiją nas.
Rozglądałem się po okolicy.
Faktycznie, widziałem kilka osób które dopiero co zostały zabite.
Rozglądając się dalej znalazłem kilka łusek po nabojach.
Zabili ich. Dwa domy nie zostały spalone.
Chociaż wiedziałem, że nic nie znajdę to i tak je przeszukałem.
Znalazłem dwie konserwy. Musieli je ominąć.
- Kurwa, jak pojada do nas to z nami koniec.
Wróciłem do auta. Pojechałem w kierunku powrotnym.
Wszedłem do domu i dobrze sprawdziłem drzwi.
- Co się stało?
- Są tu w okolicy jacyś ludzie.
- To co?
- Zabili ludzi w tamtej wsi. Jak myślisz co zrobią jak nas tu znajdą?
- Może nie będzie tak źle co ?
- Oszalałaś?! Widziałem co zrobili. Są kurewsko niebezpieczni.
- Co teraz?
- Rano zabezpieczymy dom od środka. A potem się zobaczy.
Zabrałem psa pod pachę i wyszedłem przed dom.
Robię tak codziennie.
- Wiesz co piesku? Czasem myślę, że te stwory nie mają wcale tak źle.
Zobacz, sami dla siebie nie są zagrożeniem. Tylko tak łażą bez celu.
Ale wiem jedno. Maciek miał rację, przetrwają tylko najsilniejsi.
A ja jestem jednym z tych NAJSILNIEJSZYCH!
Tak minął dzień dwudziesty pierwszy.
piątek, 3 kwietnia 2015
Dzień 14
Obudziłem się rano. Byłem sam w łóżku, moje ubrania leżały dookoła łóżka.
Leżałem jeszcze przez chwile. Następnie postanowiłem się ubrać.
Po ubraniu wyszedłem z sypialni, podbiegł do mnie Filut.
- Co jest psiaku? Widziałeś Beatę? - pogłaskałem psa.
Zabrałem psa pod pachę i zszedłem po schodach do kuchni. Beata stała przy oknie. Była smutna.
- Hej, co słychać? - zadałem jej pytanie by choć trochę ją oderwać od jej zmartwienia.
- Myślę co się z nim stało. Dopilnowałeś by się nie zmienił?
- Tak, można powiedzieć że spoczywa w spokoju. Tak jakbym odprawił mu pogrzeb.
- Daj spokój z tą twoją branżą.
- Hej, jakoś musiałem na studia zarobić, A opieka nad cmentarzem nie była taka zła.
- Ale przynajmniej nieźle zarabiałeś.
- Teraz cały świat jest jednym wielkim pieprzonym cmentarzem. - lekko się uśmiechnąłem do niej.
Zjedliśmy śniadanie w milczeniu. Nie chciałem wspominać naszej wspólnej nocy.
Nie wiedziałem jak zareaguje.
- Musimy stąd odjechać. Jak najdalej. - powiedziała do mnie znienacka.
- Czemu?
- Nie chce tu być. Po za tym musimy znaleśc więcej ludzi.
- Beata, teraz ludzie są takim samym zagrożeniem jak martwi.
- Ja nie dam rady tu być dłużej. Błagam wyjedźmy stąd jeszcze dziś.
- Niby gdzie? Dobrze wiesz, że miasto padło. Sama mi to powiedziałaś!
-Ale są jeszcze inne miasta. A Poznań?
- Chyba oszalałaś? Ja ledwo uciekłem z Poznania, powrót tam to ostatnia rzecz jaką bym w życiu zrobił.
Obrażona Beata zamknęła się w łazience.
- Jak zawsze! Jak tylko ktoś się z tobą nie zgadzał to zawsze miałaś focha!
Daj mi święty spokój, z wyjazdem tu jest dobrze. JESTEŚMY BEZPIECZNI!!! ROZUMIESZ ?!
Wściekły wyszedłem z domu. Ze stada nie zostało już dużo.
Ledwie 10 sztywnych kręcących się po ulicy.Miałem mój tasak za paskiem. Postanowiłem się trochę rozejrzeć za paliwem. Dojechałem tu na rezerwie. Przekroczyłem próg bramy i ruszyłem w stronę pierwszego auta. Jeden stał koło auta. Tylko się patrzył gdzieś w dal.
Cicho się zakradłem do niego i szybko wbiłem tasak w jego głowę.
Ciało opadło bezwładnie na ziemię.
Samochód był otwarty.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Bak pusty.
-Kurwa.- wymamrotałem pod nosem.
Rozejrzałem się, następny samochód był kawałek dalej. Po drodze dwóch martwych.
Nic prostszego. Rzuciłem kamieniem w pierwszego z nich. Młody chłopak ruszył w moją stronę.
Miał rozszarpane gardło, z brzucha wylatywało mu jelita. Zrobiło mi się słabo.
Powoli sunął w moją stronę. Czekałem cierpliwie.
Jak tylko był w zasięgu mojego ramienia, uderzyłem tasakiem w głowę.
Do następnego już się zakradłem i załatwiłem ciosem w tył głowy. Ten samochód był zamknięty.
Nie miałem pojęcia jak go otworzyć.
Sztywni stali dość daleko ale dalej było to ryzyko, że mnie usłyszą.
Postanowiłem wybić szybę w jednym z domów a potem dopiero w samochodzie.
Rzuciłem kamieniem w jeden z domów.
Nie trafiłem ale i tak zebrałem ich uwagę w tamtym kierunku. Rzuciłem drugi raz.
Tym razem trafiłem. Szybko rozbiłem szybę w aucie.
Dwóch jednak mnie usłyszało i wlekli się do mnie.
-No dalej leniwe skurwysyny, żarcie już czeka. - mamrotałem pod nosem
Pierwszego powaliłem ciosem w głowę. Na drugiego sam się rzuciłem. Uderzałem tasakiem.
Tłukłem bez opamiętania. Tak długo, aż z głowy nie zostało kompletnie nic.
Oparłem się o samochód. Patrzyłem na zmasakrowane ciało. Cały bylem we krwi.
Tu miałem szczęście w baku było trochę paliwa. Wróciłem do mojego auta po kanister i jakiś wężyk.
Przelałem paliwo. Prawie pół kanistra. Wróciłem do domu. Beata siedziała na kanapie.
- Zdobyłem trochę paliwa. Jak uzbieramy więcej i trochę zapasów możemy ruszać dalej.
- Naprawdę?
- Robię to dla Ciebie. Ja bym tu został.
-Boże! Coś Ci się stało? To twoja krew. - dopiero teraz spojrzała na mnie brudnego od krwi.
- Nie. Jest jeszcze woda. muszę się umyć.
- Tak, ale zimna.
- Wszystko mi jedno.
Myłem się powoli. Powiedzieć że woda była zimna to nic nie powiedzieć.
Ta woda miała chyba z 40 stopni na minusie. Pod drzwiami czekała na mnie niespodzianka.
Beata zostawiła mi trochę rzeczy.
Ubrałem się w jeansy, koszulkę i bluzę.
- Mu już się nie przydadzą.
- Dzięki. A znajdzie się jakaś kurtka? Jest bardzo zimno na dworze. Mamy już chyba grudzień.
- Tak, coś znajdę.
- Dzięki.
Wyszedłem na dwór z psem. Było już ciemno. Filut tylko siedział koło mnie.
- Jak myślisz piesku? Dobrze robię, że stąd odejdziemy?
Pies patrzył na mnie. Po czym zaszczekał dwa razy. Jakoś tak dziwnie.
Zawsze wydawał mi się wesoły. Teraz jakby był smutny.
Wróciłem do domu po jakiejś godzinie. Beata już spała. Przygotowała mi kanapę do snu.
- Zajebiście. Kanapa. Po prostu ekstra. Czyli dalej jest zła.
Położyłem się na kanapie. Psa położyłem koło siebie. Tak minął mi dzień czternasty.
Leżałem jeszcze przez chwile. Następnie postanowiłem się ubrać.
Po ubraniu wyszedłem z sypialni, podbiegł do mnie Filut.
- Co jest psiaku? Widziałeś Beatę? - pogłaskałem psa.
Zabrałem psa pod pachę i zszedłem po schodach do kuchni. Beata stała przy oknie. Była smutna.
- Hej, co słychać? - zadałem jej pytanie by choć trochę ją oderwać od jej zmartwienia.
- Myślę co się z nim stało. Dopilnowałeś by się nie zmienił?
- Tak, można powiedzieć że spoczywa w spokoju. Tak jakbym odprawił mu pogrzeb.
- Daj spokój z tą twoją branżą.
- Hej, jakoś musiałem na studia zarobić, A opieka nad cmentarzem nie była taka zła.
- Ale przynajmniej nieźle zarabiałeś.
- Teraz cały świat jest jednym wielkim pieprzonym cmentarzem. - lekko się uśmiechnąłem do niej.
Zjedliśmy śniadanie w milczeniu. Nie chciałem wspominać naszej wspólnej nocy.
Nie wiedziałem jak zareaguje.
- Musimy stąd odjechać. Jak najdalej. - powiedziała do mnie znienacka.
- Czemu?
- Nie chce tu być. Po za tym musimy znaleśc więcej ludzi.
- Beata, teraz ludzie są takim samym zagrożeniem jak martwi.
- Ja nie dam rady tu być dłużej. Błagam wyjedźmy stąd jeszcze dziś.
- Niby gdzie? Dobrze wiesz, że miasto padło. Sama mi to powiedziałaś!
-Ale są jeszcze inne miasta. A Poznań?
- Chyba oszalałaś? Ja ledwo uciekłem z Poznania, powrót tam to ostatnia rzecz jaką bym w życiu zrobił.
Obrażona Beata zamknęła się w łazience.
- Jak zawsze! Jak tylko ktoś się z tobą nie zgadzał to zawsze miałaś focha!
Daj mi święty spokój, z wyjazdem tu jest dobrze. JESTEŚMY BEZPIECZNI!!! ROZUMIESZ ?!
Wściekły wyszedłem z domu. Ze stada nie zostało już dużo.
Ledwie 10 sztywnych kręcących się po ulicy.Miałem mój tasak za paskiem. Postanowiłem się trochę rozejrzeć za paliwem. Dojechałem tu na rezerwie. Przekroczyłem próg bramy i ruszyłem w stronę pierwszego auta. Jeden stał koło auta. Tylko się patrzył gdzieś w dal.
Cicho się zakradłem do niego i szybko wbiłem tasak w jego głowę.
Ciało opadło bezwładnie na ziemię.
Samochód był otwarty.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Bak pusty.
-Kurwa.- wymamrotałem pod nosem.
Rozejrzałem się, następny samochód był kawałek dalej. Po drodze dwóch martwych.
Nic prostszego. Rzuciłem kamieniem w pierwszego z nich. Młody chłopak ruszył w moją stronę.
Miał rozszarpane gardło, z brzucha wylatywało mu jelita. Zrobiło mi się słabo.
Powoli sunął w moją stronę. Czekałem cierpliwie.
Jak tylko był w zasięgu mojego ramienia, uderzyłem tasakiem w głowę.
Do następnego już się zakradłem i załatwiłem ciosem w tył głowy. Ten samochód był zamknięty.
Nie miałem pojęcia jak go otworzyć.
Sztywni stali dość daleko ale dalej było to ryzyko, że mnie usłyszą.
Postanowiłem wybić szybę w jednym z domów a potem dopiero w samochodzie.
Rzuciłem kamieniem w jeden z domów.
Nie trafiłem ale i tak zebrałem ich uwagę w tamtym kierunku. Rzuciłem drugi raz.
Tym razem trafiłem. Szybko rozbiłem szybę w aucie.
Dwóch jednak mnie usłyszało i wlekli się do mnie.
-No dalej leniwe skurwysyny, żarcie już czeka. - mamrotałem pod nosem
Pierwszego powaliłem ciosem w głowę. Na drugiego sam się rzuciłem. Uderzałem tasakiem.
Tłukłem bez opamiętania. Tak długo, aż z głowy nie zostało kompletnie nic.
Oparłem się o samochód. Patrzyłem na zmasakrowane ciało. Cały bylem we krwi.
Tu miałem szczęście w baku było trochę paliwa. Wróciłem do mojego auta po kanister i jakiś wężyk.
Przelałem paliwo. Prawie pół kanistra. Wróciłem do domu. Beata siedziała na kanapie.
- Zdobyłem trochę paliwa. Jak uzbieramy więcej i trochę zapasów możemy ruszać dalej.
- Naprawdę?
- Robię to dla Ciebie. Ja bym tu został.
-Boże! Coś Ci się stało? To twoja krew. - dopiero teraz spojrzała na mnie brudnego od krwi.
- Nie. Jest jeszcze woda. muszę się umyć.
- Tak, ale zimna.
- Wszystko mi jedno.
Myłem się powoli. Powiedzieć że woda była zimna to nic nie powiedzieć.
Ta woda miała chyba z 40 stopni na minusie. Pod drzwiami czekała na mnie niespodzianka.
Beata zostawiła mi trochę rzeczy.
Ubrałem się w jeansy, koszulkę i bluzę.
- Mu już się nie przydadzą.
- Dzięki. A znajdzie się jakaś kurtka? Jest bardzo zimno na dworze. Mamy już chyba grudzień.
- Tak, coś znajdę.
- Dzięki.
Wyszedłem na dwór z psem. Było już ciemno. Filut tylko siedział koło mnie.
- Jak myślisz piesku? Dobrze robię, że stąd odejdziemy?
Pies patrzył na mnie. Po czym zaszczekał dwa razy. Jakoś tak dziwnie.
Zawsze wydawał mi się wesoły. Teraz jakby był smutny.
Wróciłem do domu po jakiejś godzinie. Beata już spała. Przygotowała mi kanapę do snu.
- Zajebiście. Kanapa. Po prostu ekstra. Czyli dalej jest zła.
Położyłem się na kanapie. Psa położyłem koło siebie. Tak minął mi dzień czternasty.
czwartek, 19 marca 2015
Dzień 13
- Grzegorz, wstawaj. - Beata, lekko mnie szturchnęła, próbując mnie obudzić.
- Już wstaje. - wymamrotałem
- Wstawaj zrobiłam coś do jedzenia. Obiecałeś poszukać Piotra.
- Tak, wiem poszukam go.- powiedziałem wstając z łóżka.
Doczłapałem się do stołu w jadalni. Na stole była jajecznica i herbata.
- Pamiętam, że nie piłeś nigdy kawy, więc zrobiłam Ci herbatę.
- Dzięki. A, gdzie mój pies?
- Gdzieś się kręci. Zobacz, to jest zdjęcie Piotra.
Podała mi fotografie. Teraz nie miałem już wątpliwości.
To był on, ten zjadany chłopak, to był ten Piotr.
Jak ja mam jej to powiedzieć? To było jedyne co przeszło mi przez myśl.
Nie mogę jej powiedzieć.
Nie powiem jej, znam ją załamała, by się.
-Beata, przepraszam jeszcze raz, za to co, wtedy się stało.
- Jak mam Ci wybaczyć, że założyłeś się o mnie?!
- Byłem głupi kurwa. Przecież mnie znasz.
- Założyć się ze zaciągniesz mnie do łózka ? Naprawdę nic lepszego nie miałeś do wymyślenia?
Nie jestem przedmiotem! Zapamiętaj to! Chcesz bym Ci wybaczyła?
Ok, sprowadź tu Piotra całego i zdrowego.
- Dobra, poszukam go.
Nigdy mi nie wybaczy, jak jej powiem, że ten jej facet stał się pokarmem jakiegoś sztywnego.
Zjadłem śniadanie, ubrałem się ciepło, gdyż tego ranka było dość zimno.
Wydaje mi się, że jest chyba
końcówka listopada. Ale, to nieważne. Psa zostawiłem z dziewczyną. Wsadziłem pistolet za pasek.
Tasak
zabrałem ze sobą. Wiedziałem, gdzie mam iść.Powoli ruszyłem w stronę, gdzie wczoraj go widziałem.
Wieś była całkiem spokojna. Tak jakby wszyscy zostali w domach.
Nie widziałem nikogo nawet żadnego sztywnego. To mnie dość zaniepokoiło.
Było zdecydowanie za cicho.
Bez problemu dotarłem do miejsca, gdzie leżał. Złamane nogi.
- Kurwa, co on zrobił? - W tym momencie zobaczył moja obecność.
Zaczął warczeć jak pies i wyciągać ręce w moim kierunku. Z jego brzucha wystawały reszty tego co kiedyś było jego narządami. Wbiłem tasak w jego głowę. Spojrzałem, wtedy na wyjazd ze wsi.
- O kurwa! - Całe stado zmierzało w moją stronę było ich może ze 100 może więcej.
Natychmiast pobiegłem w stronę domu, gdzie czekała Beata. Przeskoczyłem przez płot.
Wbiegłem do domu.
- Co się dzieję? Grzegorz wyglądasz jakbyś ducha zobaczył.
- Gorzej, musimy być cicho. Idzie tu ich całe stado. Setka albo i więcej. Oby płot wytrzymał.
Zamykaj drzwi na klucz. Ja przystawię do nich szafę albo kanapę, cokolwiek.
- Dobrze.
Tak zrobiliśmy siedzieliśmy cicho w salonie.
W ręce ściskałem pistolet i kluczyki do auta. Na szczęście mieliśmy do niego łatwy dostęp.
W razie nagłej ewakuacji.
- Nie żyje? - zapytała
- Nie wiem, nie znalazłem go.
- Wiem,że kłamiesz. Zawsze jak kłamiesz to drżą Ci dłonie. Znam Cię,lepiej niż Ci się wydaje.
Powiedz mi to. Chce usłyszeć prawdę.
- Znalazłem go, był przemieniony. Dobiłem go.
- Dzięki, że miałeś na tyle odwagi, by go dobić. Nie przeżyłabym, gdyby on dalej był tam taki jak te stwory. Pokiwałem głową. Podszedłem do okna. Lekko uchyliłem firankę. Były tam cały czas.
- Ciągle tu są. Ale chyba trochę mniej. Tak jakby się rozdzieliły. Ale dalej jest zbyt niebezpiecznie.
- Dobrze. Wybaczam Ci to. Nie chce umrzeć bez wybaczenia twojej głupoty.
- Nie znalazłem go żywego.
- Próbowałeś przynajmniej. A pamiętasz jak mnie pocałowałeś pierwszy raz?
- Teraz na wspominki Ci się zebrało? - Usiadłem koło niej.
- No, ale pamiętasz?
- Pewnie. Zderzyliśmy się głowami. I mnie wyzywałaś. Zresztą cały czas na mnie krzyczałaś.
I nawet to lubiłem.
- To był mój pierwszy pocałunek wiesz? Mile to wspominam.
- Mój też. A pamiętasz jak twój ojciec mnie przyłapał jak wchodziłem do Ciebie przez okno?
Gonił mnie z widłami. Bałem się, wtedy.
- A ja się śmiałam. Ale jak mu uciekłeś to, wtedy wparował do mnie i zrobił awanturę. -
lekko się uśmiechnęła
Stare czasy. Dwa lata byliśmy razem. To były fajne dwa lata. Ale ja zjebałem po całości.
- Ten zakład z Igorem. Zraniłeś mnie tym.
- Wiem, nawet już o tym nie mówmy. Beata przytuliła się do mnie.
- Nie zostawiaj mnie samej dobrze? - spojrzała na mnie i od razu się zgodziłem.
Nigdy nie mogłem oprzeć się temu spojrzeniu.
- Zostanę z tobą.
- Dziękuję. Pocałowała mnie. Jej pocałunek to było jedno z najlepszych co mnie ostatnio spotkało.
Potem położyła głowę na mojej klatce piersiowej i zasnęła. W co ja się znowu wpakowałem.
Spojrzałem na zegarek była 16. Dopiero. Lekko położyłem Beatę na łóżku.Usiadłem na krześle.
Dopiero teraz uświadomiłem sobie wszystko, co się stało. Śmierć Macka i Zuzy. I to, co zrobiłem.
Ja zabiłem tych ludzi na stacji i tego bandytę, który zaatakował nasz dom.
Pierwszy raz, wtedy łzy spłynęły mi do oczu. Filut podszedł do mnie i położył się koło mojej nogi.
Ponoć zwierzęta wyczuwają takie rzeczy albo tak mi się wydaje. Zabrałem go na kolana.
Głaskałem psa, moje łzy kapały mi po twarzy. Kurwa co się ze mną dzieje.
Po około 30 minutach poszedłem do łazienki.
Spojrzałem w lustro. Po raz pierwszy od początku końca spojrzałem w lustro. To nie byłem ja.
Włosy w nieładzie, broda całkiem ładnie mi urosła. W szafce znalazłem maszynkę do golenia.
- Nie rób tego- Za mną stała Beata.
- Dlaczego?
- Broda Ci pasuje. Super w niej wyglądasz.
- No dobra. Na razie zostanie.
- Czy on cierpiał? W sensie Piotr czy cierpiał?
- Nie wiem. Chyba nie. - Sam nie wiedziałem co jej powiedzieć.
Chciałem, by, chociaż ta odpowiedz była
dla niej małym pocieszeniem.
- Widziałam,że płakałeś. Co tak naprawdę się stało co? Jak mi opowiadałeś to, wtedy też kłamałeś.
- Tak. Nie powiedziałem Ci wszystkiego.
Przeszliśmy do salonu. Opowiedziałem jej wszystko dokładnie.
To jak zostawiłem tych ludzi na stacji na pewną śmierć i dokładnie wydarzenia w domu Macka.
Widziałem, że była tym przerażona.
- Musiałeś to zrobić. By przeżyć.
- Wiem, to było straszne.
- Chodź do mnie.- Znów mnie przytuliła. Brakowało mi zrozumienia drugiego człowieka.
Dała mi, wtedy bardzo dużo. Oboje potrzebowaliśmy drugiego człowieka.
Sama zaprowadziła mnie do sypialni. Nie będę pisał co tam robiliśmy.
Tak minął mi dzień trzynasty.
- Już wstaje. - wymamrotałem
- Wstawaj zrobiłam coś do jedzenia. Obiecałeś poszukać Piotra.
- Tak, wiem poszukam go.- powiedziałem wstając z łóżka.
Doczłapałem się do stołu w jadalni. Na stole była jajecznica i herbata.
- Pamiętam, że nie piłeś nigdy kawy, więc zrobiłam Ci herbatę.
- Dzięki. A, gdzie mój pies?
- Gdzieś się kręci. Zobacz, to jest zdjęcie Piotra.
Podała mi fotografie. Teraz nie miałem już wątpliwości.
To był on, ten zjadany chłopak, to był ten Piotr.
Jak ja mam jej to powiedzieć? To było jedyne co przeszło mi przez myśl.
Nie mogę jej powiedzieć.
Nie powiem jej, znam ją załamała, by się.
-Beata, przepraszam jeszcze raz, za to co, wtedy się stało.
- Jak mam Ci wybaczyć, że założyłeś się o mnie?!
- Byłem głupi kurwa. Przecież mnie znasz.
- Założyć się ze zaciągniesz mnie do łózka ? Naprawdę nic lepszego nie miałeś do wymyślenia?
Nie jestem przedmiotem! Zapamiętaj to! Chcesz bym Ci wybaczyła?
Ok, sprowadź tu Piotra całego i zdrowego.
- Dobra, poszukam go.
Nigdy mi nie wybaczy, jak jej powiem, że ten jej facet stał się pokarmem jakiegoś sztywnego.
Zjadłem śniadanie, ubrałem się ciepło, gdyż tego ranka było dość zimno.
Wydaje mi się, że jest chyba
końcówka listopada. Ale, to nieważne. Psa zostawiłem z dziewczyną. Wsadziłem pistolet za pasek.
Tasak
zabrałem ze sobą. Wiedziałem, gdzie mam iść.Powoli ruszyłem w stronę, gdzie wczoraj go widziałem.
Wieś była całkiem spokojna. Tak jakby wszyscy zostali w domach.
Nie widziałem nikogo nawet żadnego sztywnego. To mnie dość zaniepokoiło.
Było zdecydowanie za cicho.
Bez problemu dotarłem do miejsca, gdzie leżał. Złamane nogi.
- Kurwa, co on zrobił? - W tym momencie zobaczył moja obecność.
Zaczął warczeć jak pies i wyciągać ręce w moim kierunku. Z jego brzucha wystawały reszty tego co kiedyś było jego narządami. Wbiłem tasak w jego głowę. Spojrzałem, wtedy na wyjazd ze wsi.
- O kurwa! - Całe stado zmierzało w moją stronę było ich może ze 100 może więcej.
Natychmiast pobiegłem w stronę domu, gdzie czekała Beata. Przeskoczyłem przez płot.
Wbiegłem do domu.
- Co się dzieję? Grzegorz wyglądasz jakbyś ducha zobaczył.
- Gorzej, musimy być cicho. Idzie tu ich całe stado. Setka albo i więcej. Oby płot wytrzymał.
Zamykaj drzwi na klucz. Ja przystawię do nich szafę albo kanapę, cokolwiek.
- Dobrze.
Tak zrobiliśmy siedzieliśmy cicho w salonie.
W ręce ściskałem pistolet i kluczyki do auta. Na szczęście mieliśmy do niego łatwy dostęp.
W razie nagłej ewakuacji.
- Nie żyje? - zapytała
- Nie wiem, nie znalazłem go.
- Wiem,że kłamiesz. Zawsze jak kłamiesz to drżą Ci dłonie. Znam Cię,lepiej niż Ci się wydaje.
Powiedz mi to. Chce usłyszeć prawdę.
- Znalazłem go, był przemieniony. Dobiłem go.
- Dzięki, że miałeś na tyle odwagi, by go dobić. Nie przeżyłabym, gdyby on dalej był tam taki jak te stwory. Pokiwałem głową. Podszedłem do okna. Lekko uchyliłem firankę. Były tam cały czas.
- Ciągle tu są. Ale chyba trochę mniej. Tak jakby się rozdzieliły. Ale dalej jest zbyt niebezpiecznie.
- Dobrze. Wybaczam Ci to. Nie chce umrzeć bez wybaczenia twojej głupoty.
- Nie znalazłem go żywego.
- Próbowałeś przynajmniej. A pamiętasz jak mnie pocałowałeś pierwszy raz?
- Teraz na wspominki Ci się zebrało? - Usiadłem koło niej.
- No, ale pamiętasz?
- Pewnie. Zderzyliśmy się głowami. I mnie wyzywałaś. Zresztą cały czas na mnie krzyczałaś.
I nawet to lubiłem.
- To był mój pierwszy pocałunek wiesz? Mile to wspominam.
- Mój też. A pamiętasz jak twój ojciec mnie przyłapał jak wchodziłem do Ciebie przez okno?
Gonił mnie z widłami. Bałem się, wtedy.
- A ja się śmiałam. Ale jak mu uciekłeś to, wtedy wparował do mnie i zrobił awanturę. -
lekko się uśmiechnęła
Stare czasy. Dwa lata byliśmy razem. To były fajne dwa lata. Ale ja zjebałem po całości.
- Ten zakład z Igorem. Zraniłeś mnie tym.
- Wiem, nawet już o tym nie mówmy. Beata przytuliła się do mnie.
- Nie zostawiaj mnie samej dobrze? - spojrzała na mnie i od razu się zgodziłem.
Nigdy nie mogłem oprzeć się temu spojrzeniu.
- Zostanę z tobą.
- Dziękuję. Pocałowała mnie. Jej pocałunek to było jedno z najlepszych co mnie ostatnio spotkało.
Potem położyła głowę na mojej klatce piersiowej i zasnęła. W co ja się znowu wpakowałem.
Spojrzałem na zegarek była 16. Dopiero. Lekko położyłem Beatę na łóżku.Usiadłem na krześle.
Dopiero teraz uświadomiłem sobie wszystko, co się stało. Śmierć Macka i Zuzy. I to, co zrobiłem.
Ja zabiłem tych ludzi na stacji i tego bandytę, który zaatakował nasz dom.
Pierwszy raz, wtedy łzy spłynęły mi do oczu. Filut podszedł do mnie i położył się koło mojej nogi.
Ponoć zwierzęta wyczuwają takie rzeczy albo tak mi się wydaje. Zabrałem go na kolana.
Głaskałem psa, moje łzy kapały mi po twarzy. Kurwa co się ze mną dzieje.
Po około 30 minutach poszedłem do łazienki.
Spojrzałem w lustro. Po raz pierwszy od początku końca spojrzałem w lustro. To nie byłem ja.
Włosy w nieładzie, broda całkiem ładnie mi urosła. W szafce znalazłem maszynkę do golenia.
- Nie rób tego- Za mną stała Beata.
- Dlaczego?
- Broda Ci pasuje. Super w niej wyglądasz.
- No dobra. Na razie zostanie.
- Czy on cierpiał? W sensie Piotr czy cierpiał?
- Nie wiem. Chyba nie. - Sam nie wiedziałem co jej powiedzieć.
Chciałem, by, chociaż ta odpowiedz była
dla niej małym pocieszeniem.
- Widziałam,że płakałeś. Co tak naprawdę się stało co? Jak mi opowiadałeś to, wtedy też kłamałeś.
- Tak. Nie powiedziałem Ci wszystkiego.
Przeszliśmy do salonu. Opowiedziałem jej wszystko dokładnie.
To jak zostawiłem tych ludzi na stacji na pewną śmierć i dokładnie wydarzenia w domu Macka.
Widziałem, że była tym przerażona.
- Musiałeś to zrobić. By przeżyć.
- Wiem, to było straszne.
- Chodź do mnie.- Znów mnie przytuliła. Brakowało mi zrozumienia drugiego człowieka.
Dała mi, wtedy bardzo dużo. Oboje potrzebowaliśmy drugiego człowieka.
Sama zaprowadziła mnie do sypialni. Nie będę pisał co tam robiliśmy.
Tak minął mi dzień trzynasty.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)