Obudziłem się rano. Byłem sam w łóżku, moje ubrania leżały dookoła łóżka.
Leżałem jeszcze przez chwile. Następnie postanowiłem się ubrać.
Po ubraniu wyszedłem z sypialni, podbiegł do mnie Filut.
- Co jest psiaku? Widziałeś Beatę? - pogłaskałem psa.
Zabrałem psa pod pachę i zszedłem po schodach do kuchni. Beata stała przy oknie. Była smutna.
- Hej, co słychać? - zadałem jej pytanie by choć trochę ją oderwać od jej zmartwienia.
- Myślę co się z nim stało. Dopilnowałeś by się nie zmienił?
- Tak, można powiedzieć że spoczywa w spokoju. Tak jakbym odprawił mu pogrzeb.
- Daj spokój z tą twoją branżą.
- Hej, jakoś musiałem na studia zarobić, A opieka nad cmentarzem nie była taka zła.
- Ale przynajmniej nieźle zarabiałeś.
- Teraz cały świat jest jednym wielkim pieprzonym cmentarzem. - lekko się uśmiechnąłem do niej.
Zjedliśmy śniadanie w milczeniu. Nie chciałem wspominać naszej wspólnej nocy.
Nie wiedziałem jak zareaguje.
- Musimy stąd odjechać. Jak najdalej. - powiedziała do mnie znienacka.
- Czemu?
- Nie chce tu być. Po za tym musimy znaleśc więcej ludzi.
- Beata, teraz ludzie są takim samym zagrożeniem jak martwi.
- Ja nie dam rady tu być dłużej. Błagam wyjedźmy stąd jeszcze dziś.
- Niby gdzie? Dobrze wiesz, że miasto padło. Sama mi to powiedziałaś!
-Ale są jeszcze inne miasta. A Poznań?
- Chyba oszalałaś? Ja ledwo uciekłem z Poznania, powrót tam to ostatnia rzecz jaką bym w życiu zrobił.
Obrażona Beata zamknęła się w łazience.
- Jak zawsze! Jak tylko ktoś się z tobą nie zgadzał to zawsze miałaś focha!
Daj mi święty spokój, z wyjazdem tu jest dobrze. JESTEŚMY BEZPIECZNI!!! ROZUMIESZ ?!
Wściekły wyszedłem z domu. Ze stada nie zostało już dużo.
Ledwie 10 sztywnych kręcących się po ulicy.Miałem mój tasak za paskiem. Postanowiłem się trochę rozejrzeć za paliwem. Dojechałem tu na rezerwie. Przekroczyłem próg bramy i ruszyłem w stronę pierwszego auta. Jeden stał koło auta. Tylko się patrzył gdzieś w dal.
Cicho się zakradłem do niego i szybko wbiłem tasak w jego głowę.
Ciało opadło bezwładnie na ziemię.
Samochód był otwarty.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Bak pusty.
-Kurwa.- wymamrotałem pod nosem.
Rozejrzałem się, następny samochód był kawałek dalej. Po drodze dwóch martwych.
Nic prostszego. Rzuciłem kamieniem w pierwszego z nich. Młody chłopak ruszył w moją stronę.
Miał rozszarpane gardło, z brzucha wylatywało mu jelita. Zrobiło mi się słabo.
Powoli sunął w moją stronę. Czekałem cierpliwie.
Jak tylko był w zasięgu mojego ramienia, uderzyłem tasakiem w głowę.
Do następnego już się zakradłem i załatwiłem ciosem w tył głowy. Ten samochód był zamknięty.
Nie miałem pojęcia jak go otworzyć.
Sztywni stali dość daleko ale dalej było to ryzyko, że mnie usłyszą.
Postanowiłem wybić szybę w jednym z domów a potem dopiero w samochodzie.
Rzuciłem kamieniem w jeden z domów.
Nie trafiłem ale i tak zebrałem ich uwagę w tamtym kierunku. Rzuciłem drugi raz.
Tym razem trafiłem. Szybko rozbiłem szybę w aucie.
Dwóch jednak mnie usłyszało i wlekli się do mnie.
-No dalej leniwe skurwysyny, żarcie już czeka. - mamrotałem pod nosem
Pierwszego powaliłem ciosem w głowę. Na drugiego sam się rzuciłem. Uderzałem tasakiem.
Tłukłem bez opamiętania. Tak długo, aż z głowy nie zostało kompletnie nic.
Oparłem się o samochód. Patrzyłem na zmasakrowane ciało. Cały bylem we krwi.
Tu miałem szczęście w baku było trochę paliwa. Wróciłem do mojego auta po kanister i jakiś wężyk.
Przelałem paliwo. Prawie pół kanistra. Wróciłem do domu. Beata siedziała na kanapie.
- Zdobyłem trochę paliwa. Jak uzbieramy więcej i trochę zapasów możemy ruszać dalej.
- Naprawdę?
- Robię to dla Ciebie. Ja bym tu został.
-Boże! Coś Ci się stało? To twoja krew. - dopiero teraz spojrzała na mnie brudnego od krwi.
- Nie. Jest jeszcze woda. muszę się umyć.
- Tak, ale zimna.
- Wszystko mi jedno.
Myłem się powoli. Powiedzieć że woda była zimna to nic nie powiedzieć.
Ta woda miała chyba z 40 stopni na minusie. Pod drzwiami czekała na mnie niespodzianka.
Beata zostawiła mi trochę rzeczy.
Ubrałem się w jeansy, koszulkę i bluzę.
- Mu już się nie przydadzą.
- Dzięki. A znajdzie się jakaś kurtka? Jest bardzo zimno na dworze. Mamy już chyba grudzień.
- Tak, coś znajdę.
- Dzięki.
Wyszedłem na dwór z psem. Było już ciemno. Filut tylko siedział koło mnie.
- Jak myślisz piesku? Dobrze robię, że stąd odejdziemy?
Pies patrzył na mnie. Po czym zaszczekał dwa razy. Jakoś tak dziwnie.
Zawsze wydawał mi się wesoły. Teraz jakby był smutny.
Wróciłem do domu po jakiejś godzinie. Beata już spała. Przygotowała mi kanapę do snu.
- Zajebiście. Kanapa. Po prostu ekstra. Czyli dalej jest zła.
Położyłem się na kanapie. Psa położyłem koło siebie. Tak minął mi dzień czternasty.
mam nadzieje, że kolejny epizod sie pisze :)
OdpowiedzUsuń