Dzień 2
Po obudzeniu widziałem wschód Słońca, wiedziałem że jest
wcześnie. Spojrzałem na telefon 6:21. Maciek chrapał na przednim siedzeniu.
Postanowiłem coś zrobić. Musiałem pomyśleć o tym co zrobimy. Gdzie się udamy?
Co będziemy jeść, pić? A najważniejsze gdzie będziemy spać? Rozłożyłem mapę na
kolanach i analizowałem nasze położenie. Jesteśmy niedaleko Poznania.
-Stary już nie śpisz?- Zaspanym głosem odezwał się Maciek z
przedniego fotelu.
-Tak. Myślałeś co zrobimy? Znaczy gdzie się udamy?
-Wiesz, mam pewien pomysł.
-Dawaj. Lepsze coś niż nic.-Odparłem szczęśliwy, że jest
jakaś nadzieja.
-Wiesz w spadku po rodzicach mam dom na wsi. Jest to jakieś
100-150km stąd, nie ma luksusu ale damy rade. Mam klucze przy sobie.
Przeczekamy to, a potem wrócimy do starego życia.-W jego głosie czułem
nadzieję, na poprawę.
-I tak nie mam nic lepszego. Jedźmy tam. Ale najpierw musimy
jakieś żarcie skombinować, bo z głodu padniemy zanim tam dojedziemy.
Wróciliśmy na autostradę. To co tam zobaczyłem przerosło
moje oczekiwania. Wszędzie auta. Niektóre jeszcze stały w ogniu, pełno krwi. To
miejsce było grobowcem, strasznym grobowcem. Ale co najgorsze ONI tam byli.
Wałęsali się dookoła samochodów. Wyglądali jakby czegoś szukali. Chodzili
między autami. Szybko zgasiłem silnik, nie mogli nas zobaczyć.
Przez kilka minut siedzieliśmy w ciszy. Po jakiś 20 minutach
w końcu się opanowałem.
-Co teraz?- Spytałem, ten widok przestraszył mnie. Ręce
dalej mi drżały.
-Damy radę jakimś objazdem.
-Na pewno jest tu gdzieś jedzenie i picie. Stary na końcu
tego korku ich nie ma. Jak będziemy cicho przeszukamy parę aut stojących z
brzegu.-Wypaliłem pewny siebie.
-Dobry pomysł, im i tak się to nie przyda. Bierz młotek.
Obaj szybko wysiedliśmy z auta. Maciek wybrał lewą stronę
korka, ja prawą.
Po cichu ale w szybkim tempie dotarłem do jakiegoś
czerwonego auto osobowego.
Nie zwracałem uwagi na markę, liczyło się to co tam może
być. Udało mi się otworzyć bagażnik. Pełen toreb. Ludzie ratowali dobytek
życia. Nie dziwię im się. Nie wiedzieli co ich czeka. W bagażniku była torba ze
sklepu. Pełna jedzenia. Nie wiedziałem co znajdę w następnych, ale ciekawość
była siłą wyższą. Wróciłem do naszego auta. Odłożyłem jedzenie do środka.
Zacząłem szukać w innych autach. Ciuchy, pieniądze, komputery. Same nie
potrzebne rzeczy. Odchodząc od jednego auta, przewróciłem jakąś puszkę. Jeden z
nich odwrócił się w moją stronę, od razu ruszył do mnie.
-Kurwa, już po mnie.-Postanowiłem powoli się wycofywać. Starałem
się być cicho. Był szybki, za szybki. Złapałem młotek. Teraz albo nigdy, to
przemknęło mi przez myśl. Wyprostowałem się szybkim ruchem ręki, wbiłem młotek
w czaszkę. Bezwładne zwłoki opadły na ziemię.
Schowałem się za samochód. Z czaszki nieszczęśnika wylewała
się jakaś ciecz.
Wtedy spojrzałem na jego ubiór. Policjant. Przeszukałem go.
W kaburze miał pistolet.
-Ale mam szczęście. Pistolet, pełny magazynek. To jakiś
cud.-Dalej przeszukiwałem jego kieszenie. Jeden zapasowy magazynek, wystarczy
na jakiś czas. Miałem już dość jak na jeden dzień. Ruszyłem z powrotem do auta.
Maciek już tam był.
-Co tak długo? Kurwa?! Krew? Dopadli Cię?
-Nie, jeden mnie zaatakował ale zabiłem go. Wbiłem młotek w
jego czaszkę. Upadł na ziemie. To był policjant. Miał pistolet. A ty co masz?
-Trochę jedzenia w puszkach, woda, nóż, karnister z benzyną.
-Jedźmy stąd już. –Ponaglałem go
Ruszyliśmy objazdem wiedziałem, że potrwa to dłużej. Tego
dnia nie byłem w stanie prowadzić. Nie mogłem się uspokoić. Cały czas miałem
przed oczami twarz tego gliniarza. Zakrwawione usta, mundur. Nie wiem jak się
nazywał, gdzie mieszkał. Ale nie było mi go żal. Wiedziałem że skróciłem jego
męki. Dałem mu wolność. Tak wole o tym myśleć. Nie o tym że robię coś złego.
Ratowałem swoje życie. To wszystko nie ma sensu.
Noc zastała nas w trasie. Teraz ja spałem pierwszy. Maciek cały
czas prowadził.
Koło 3:30 go zmieniłem. I tak nie spałem dużo. Koszmary były
okropne. Śnił mi się policjant którego zabiłem. Dziękował mi za to. Potem w
śnie słyszałem kobiecy głos, mówiący mi, że będzie dobrze. Zaczynam bzikować.
Musze się uspokoić. Myśleć o pozytywnych etapach mojego życia. Czas jaki
spędziłem z rodziną, kolegami i z nią, zanim odeszła. Myślałem tak do rana. Tak
minął mi dzień drugi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz